czwartek, 24 września 2009

o filmie

dawno, dawno nie widziałam filmu, który wzbudził by tak różne emocje. od skrajnego niepodobania się ("nie idź, nie ma sensu"), do skrajnego zajarania (to ja właśnie).
mowa o "bękartach wojny". (tytule zresztą niefortunnym, i bardzo szkoda, że skoro oryginał nazywa się "inglorious basterds", to tłumacz nie pokusił się o "benkarty", tracąc w ten sposób wielkie przymrużenie oka z tytułu.)
dla mnie było znowu to, co uwielbiam u tarantino. genialne sceny oparte na genialnych dialogach, genialnie odegrane (czyli to, co niektorzy zwą "dłużyznami" - mnie to się podoba najbardziej, zawsze się wkręcam całkowicie, nigdy nie patrzę na zegarek.)
genialna postać pułkownika hansa landy, genialnie zagrana! kiedy zobaczyłam go w początkowej scenie, wiedziałam, że ten film będzie mi się podobał.
genialny, jak to brad pitt, brad pitt. widać po prostu, że ta rola jest dla niego, i nikogo innego. ryczałam ze śmiechu, jak tylko się odzywał (a zwłaszcza myślałam, że umrę ze śmiechu w trakcie sceny, w której on razem z dwoma innymi amerykańsko-żydowskimi zołnierzami, w kinie udawali włochów, rozmawiając z hansem landą właśnie - genialna scena!)

nie będę się rozpisywać, bo na temat tego filmu każdy będzie miał swoje zdanie - taki już urok quentina tarantino. nie chcę też nikomu, kto jeszcze nie widział filmu, robić spoilera, opisując, co mnie jednak troche zaszokowało w tym filmie (a zaszokowało mnie coś, może dlatego, że nikt nigdy nie nakręcił takich scen, a temat jednak drażliwy).
ja na pewno dokładam go do filmów, które jeszcze będę oglądać. i czekam na następny.
mnie kolejne filmy quentina podobają się coraz bardziej.

4 komentarze:

  1. no tak, mogłabym powiedzieć "znowu". opowiem ci raczej poza blogiem w takim razie, może jeszcze ktoś trafi na tego posta, a nie widział.

    OdpowiedzUsuń
  2. i przestań pisać do mnie z wielkiej litery.

    OdpowiedzUsuń