więc poczekalnia dużo ładniejsza - przestronna, z fotelami i wieeeelkim akwarium z małą ilością malutkich rybek.
i co z tego.
wchodzę znowu, gotowa na uśmiech (jak opowiadałam m o-o wczoraj, wiem, że jest to moja jedyna broń w takiej sytuacji. ale jakże nieskuteczna.) i jakąś żartobliwo-miłą wypowiedź.
moje "szczęść boże" (spapugowałam po księdzu, który przechodził przez poczekalnię), pozostaje zignorowane.
kiedy wyłuszczam cel wizyty, słyszę tylko suche "ulica".
mówię jaka ulica, proboszcz chwilę walczy z kartotekami, w końcu znajduje właściwą kartę.
"imię".
podaję imię.
ksiądz na to kręci głową. podsuwa mi kartę i pokazuje, że moje imię ewidentnie jest wykreślone. więc próbuję się jakoś ratować, historiami nie do końca prawdziwymi. nie działają, bo nie byłam na ostatniej kolędzie, a jestem wykreślona, "nie mogę pani wydać zaświadczenia. jest pani wykreślona. pani nie mieszka w naszej parafii."
no i teraz mnie strzela wiadomo co. mówię "dziękuję bardzo" i wychodzę.
oceniam, że skoro nie ma mnie w żadnej kartotece na świecie, to chyba jednak nie dostanę tego zaświadczenia.
postanawiam jeszcze, że nigdy, przenigdy nie wezmę ślubu kościelnego. moja siostra się na to burzy, ale pozostaję nieugięta.
no a po chwilowej bulwersacji z powrotem cieszę się nowo nabytym obiektywem dla nikonka. a pierwsze eksperymentalne wygłupy, o dziwo, nie są wykonywane na zwyczajowej modelce. no, może trochę.
