poniedziałek, 16 listopada 2015

niedziela, 15 listopada

nie, nie chodzi o temperaturę. chodzi o to coś, z pogranicza zapachu i dotyku. dym z kominów zmieszany z tą rześką ostrością, kłującą w policzki. w powietrzu po prostu czuć dzisiaj zimę.

jest niedziela. do naszego karmnika przyleciał dzięcioł. w drodze do sklepu szłam przed nastolatkiem, który z telefonu na cały regulator puszczał "billie jean". ściszył dopiero w biedronce.

poszłam do biedry, żeby przez chwilę nikt mnie nie dotykał. 

nie uwieszał się na mnie, na głowę nie wchodził.

nic do mnie nie mówił.

sobota, 8 sierpnia 2015

to nie jest świat dla introwertyków

spotykając się ze znajomymi, w obecnych okolicznościach przyrody jeszcze rzadziej niż kiedyś, nie mogę powstrzymać zdziwienia, że czas tak szybko upływa. jakbym przeszła jakąś magiczną granicę, za którą jest już tylko droga do starości.

przyglądam się twarzom (w tym codziennie swojej, bardzo skrupulatnie) i widzę to, czego kiedyś nie było. poprzeczne bruzdy na czole. podłużne linie wokół ust. promieniście rozchodzące się wokół oczu kurze łapki. przerzedzające się zakola. siwiejące brody. nieuniknione, nieodwracalne zmiany, prowadzące nas tam, gdzie mieliśmy się nigdy nie znaleźć. nie tak szybko.

***

to jedna z tych prawie niewystępujących chwil, kiedy jestem sama. siedzę na balkonie z książką, której przeczytałam już aż trzydzieści stron w ciągu ostatnich dwóch tygodni (wierzę, że są wśród was tacy, co dobrze rozumieją, co mam na myśli). właśnie czytam o tym, jak gdzieś dawno temu, w zeszłym stuleciu, wraz z narodzinami zawodu sprzedawców, a później marketerów, zmienił się ideał człowieka. jak książki traktujące o samorozwoju z opisywania tego, jak ćwiczyć własny charakter, zaczęły skupiać się na tym, jak stać się przebojowym. 

choć wśród ludzi zawsze znajdowali się ekstrawertycy i introwertycy, żyjemy dziś w czasach, w których introwertyzm stał się wadą. panuje przekonanie, że z introwertykiem musi być coś nie tak - skoro częściej wybierze czas w samotności zamiast głośnej imprezy. albo, jeśli już na imprezę pójdzie, będzie raczej stał z boku. a jeśli czasem jednak woli być w centrum zdarzeń, będzie potem dłużej dochodził do siebie i rzadziej szukał towarzystwa innych. że jest antyspołeczny, wycofany, patologicznie nieśmiały - łatek jest wiele - skoro nie jest "ekstra".

jaka wielka to ulga, zrozumieć i zaakceptować fakt, że bardzo różnimy się od siebie. że nie każdy musi porywać tłumy. że siłą niektórych jest spokój i potrzeba częstszego zaglądania wgłąb siebie i obserwowania świata wokół. że każdy inaczej ładuje baterie - jedni wśród ludzi, inni wręcz przeciwnie. i wreszcie, że introwertyk też może być towarzyski - tylko czasem "inaczej". i że to wszystko jest całkiem normalne. 

patrzę sobie na małego s., i widzę, że też rośnie z niego mały introwertyk (w końcu ma dwoje introwertycznych rodziców). bardzo ciekawy świata, często odważny, częściej ostrożny. obserwator, który potrzebuje czasu, by poczuć się bezpiecznie w nowej sytuacji. widzę, jak już, w wieku 1,5 roku, miewa przypinane łatki "wycofanego", "cichego" i "nieśmiałego", choć ja znam go jako pogodnego, towarzyskiego chłopczyka z dużym, całkiem własnym poczuciem humoru. bez kompleksów, których jeszcze nie zdążył nabyć.

i stawiam sobie za życiową misję zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby czuł się dobrze w swojej skórze. w społeczeństwie, które hołubi ideał ekstrawertyka.





p.s. rzeczoną książkę (tu w wersji polskiej) bardzo polecam i tym ekstra i intro, wraz z blogiem autorki, która - w sposób właściwy dla introwertyka - rozpoczęła "cichą rewolucję". a ja bardzo jej kibicuję.


niedziela, 14 grudnia 2014

niedzielne lenistwo już nigdy nie będzie takie samo





no. to lecę zmywać podłogi.
.

piątek, 28 listopada 2014

to nie jest blog parentingowy

ja wiedziałam, że tak będzie. bo i nie obiecywałam wcale.

no bo:

gdybym prowadziła blogowy kalendarz publikacji, to mogłyby go wypełniać same tytuły z gatunku:

5 faktów na temat posiadania dziecka, o których nikt ci nie powiedział
10 rad na temat posiadania dziecka, których udzielają ci inni
15 rad na temat posiadania dziecka, których chciałabyś udzielić innym, ale gryziesz się w język
20 zachowań obsesyjno-kompulsywnych, z których uleczy cię posiadanie dziecka
25 zachowań obsesyjno-kompulsywnych, które zaostrza posiadanie dziecka
30 pozycji, w których do tej pory myślałaś, że nie da się spać 
     lub alternatywnie - 30 sposobów na ułożenie trzech osób na materacu o szerokości 140 cm
39,5 stopnia gorączki
50 rzeczy, które już nigdy nie będą takie same po urodzeniu dziecka
100 rzeczy, które wkurzają cię u ludzi, którzy przesypiają noce
1000 rzeczy, których nie możesz jeść, jeśli u twojego dziecka podejrzewa się alergię pokarmową
10000 badań, które musisz zrobić, żeby dowiedzieć się, czemu twoje dziecko płacze po nocach
100000 wyrzutów, które codziennie robicie sobie nawzajem z ojcem twojego dziecka (tak, jest możliwe, że ty robisz ich więcej)
1000000 momentów, kiedy myślisz, że nie wytrzymacie. że nie wytrzymasz.
zylion tematów, które przestałaś poruszać po urodzeniu dziecka, bo wszystko i tak sprowadza się do jednego
nieskończona ilość małych radości, dzięki którym nie odeszłaś jeszcze od zmysłów, a twoje małżeństwo jednak się nie rozpadło

tak że...

sami widzicie.
na szczęście (albo i nieszczęście) nie prowadzę kalendarza wpisów. więc nic jeszcze nie jest przesądzone.




niedziela, 7 września 2014

coraz bliżej święta

i tak nadeszła jesień. 

we wrześniowym słońcu w usychających na balkonie krzakach pomidorów olbrzymi (uwierzcie mi) pająk (nazwaliśmy go krzyś) z krzyżem na odwłoku zjada ciasno owiniętą pajęczyną osę. jak ją zje, będzie jeszcze większy.

wszystkie moje spodnie, nawet rurki, wyglądają jak boyfriendy. kupiłam sobie nerkę (ang. bumbag), ale nie mam tyłka (ang. bum). co rusz uderzam kościstymi biodrami we framugi i stoły. 

w marzeniach przechadzam się po kalifornijskich plażach. w rzeczywistości wycieram krzesełko z ikei z pierwszego pesto mojego dziecka. oceniam szkody po wrzuceniu do prania z nowiutkimi ubrankami farbującej na niebiesko spódnicy. snuję plany ocalenia mojego małżeństwa przed unicestwieniem w koszu z brudnymi pieluchami. 


w przerwach między nerwicowym drętwieniem kończyn i twarzy staram się bardzo głęboko oddychać. bo tylko spokój może nas uratować.




środa, 20 sierpnia 2014

jak być matką i nie zwariować?

nie no, serio pytam.


s

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

o samotności młodej matki. już nie takiej młodej.

o tym wspomina się raczej rzadko, wśród różowo-niebieskich opowieści o synusiach i córciach, karmionych mlesiem z cysia. 
mnie macierzyństwo, oprócz bobaskowej słodyczy, przyniosło też chyba najbardziej dojmującą samotność, jakiej doznałam w życiu.
nie zrozumcie mnie źle, kocham małego s nad życie - i jest to naprawdę bardzo trafne określenie tej miłości - ale to wszystko, co przeżywam, w głowie i w ciele, od kiedy pojawił się w moim życiu, wzmocnione chronicznym brakiem snu, zaprowadziło mnie już nie raz w bardzo ciemne miejsca. takie, do których mama chadza sama. 

stałam się matką dziecka. nie żoną ani kochanką. nie towarzyszką imprez. ani partnerką do intelektualnej rozmowy. 

bywałam też parą chodzących cycków - obolałych, wyssanych i do tego niewyspanych.

moje poharatane ciało przestało należeć do mnie. mój zdegradowany umysł zdaje się, że przestał na chwilę istnieć w ogóle.

dawno przeszłam tę granicę, za którą ludzka fizjologia nie stanowi już żadnego tabu. bez żenady rozmawia się o nacięciach krocza i rodzeniu łożyska, jednocześnie ładując sobie do stanika schłodzone liście kapusty (koniecznie rozbite). choć kiedy za dawnych już czasów słuchałam dzieciatych koleżanek, wydawało mi się to niemożliwe. i przerażające.

może dlatego bezdzietni znajomi nie palą się jakoś do kontaktu.

życie wymknęło mi się całkowicie spod kontroli. którą jednak nad życiem mieć lubię.
dzień zlewa się z kolejną nieprzespaną nocą. i kolejną. i kolejną. aż do utraty zmysłów. kiedy myślę, że kolejnej takiej nocy już po prostu, najzwyczajniej w świecie nie wytrzymam, wspinam się na kolejny level macierzyńskiej gry. i wytrzymuję.

wytrzymuję, bo mimo tego wszystkiego, odczuwam przypływy tak ogromnego szczęścia, że oczy mi wilgotnieją. natychmiast. i o wszystkim, co złe, zapominam.





choć ostatnio zapominam generalnie. o wszystkim. łącznie z tym, co chcę napisać

ten post chodził mi po głowie od tygodni, jeśli nie miesięcy. ale za każdym razem, kiedy coś wymyśliłam, myśli te ulatywały sobie hen w odmęty matczynego zmęczenia. a kiedy wreszcie usiadłam do komputera, okazało się, że muszę powoli, jak żółw ociężale, z mozołem sklejać te zdania, które mi się pomyślały kiedyś, a one nijak się skleić nie chcą. i nic do niczego nie pasuje. bo wypowiedź wymagająca zdania złożonego, czasem wielokrotnie, wymaga też ode mnie nadludzkiego wręcz wysiłku. 
bo zwykłam już mówić monosylabami. półsłówkami. zdrobnieniami. 
wierszem i piosenką.
częstochowskim rymem.
z popielnika na wojtusia.

rzekłabym, że urodziłam tego posta w bólach. gdyby nie fakt, że nigdy już nie użyję tego porównania w innej niż porodowa sytuacji. bo pisanie, nawet najtrudniejszego tekstu, moi kochani, koło bólów porodowych nawet nie leżało. 

i choć tyle mi jeszcze ciśnie się pod palce, to nie umiem już tego przetworzyć na raz. ale w jednym z komentarzy pieprz przepowiedział mi, że wrócę. i być może jednak jest jakaś szansa. 
choć tego wcale nie wiadomo.


ament. 


sobota, 12 lipca 2014

#ladolcevita

na instagramach i facebookach jesteśmy piękni. mamy ładne obiady, estetyczne przekąski i kolorowe drinki. 

jesteśmy cudownymi matkami, seksownymi żonami i wzorowymi kucharkami. jedną ręką robimy słodkie desery, podczas gdy nasze słodkie dzieci równie słodko śpią, delikatnie kołysane drugą ręką. 

w realu możemy mieć tłuste włosy, przepłakiwać całe dnie, łykać tony tabletek przeciwbólowych i nie mieć życia. 


i nikt się nie zorientuje.



Instagram

wtorek, 29 kwietnia 2014

oda do s

wielkieś mi uczynił pustki na blogu moim
mój drogi s tym pojawieniem się swoim.

ale życieś mi wypełnił po brzegi.





poniedziałek, 3 lutego 2014

matka jest tylko jedna

już luty. w zasadzie jeszcze przez kilka dni powinnam nadal być w ciąży. mały s jednak najwyraźniej stwierdził, że nudzi mu się już w brzuchu i postanowił wyjść na świat wcześniej. a za chwilę będzie miał już miesiąc i przestanie być noworodkiem.

było trochę jak na filmie. cztery tygodnie przed terminem doktor powiedział, że za tydzień ściągamy szew. było to zaledwie kilka dni po tym, jak k zmontował łóżeczko i przewijak, a ja skompletowałam całe wyposażenie szpitalnej walizki, która czekała złowieszczo na środku pokoju.

jeszcze tej samej nocy obudziłam się dosłownie chwilę przed tym, jak zalała mnie fala ciepłych wód płodowych. skurcze zaczęły się w taksówce, którą popędziliśmy przez puste ulice trójmiasta. potem jeszcze tylko pani z portierni uraczyła mnie gniewnym "po co dzwoni, przecież widzę!", kiedy stojąc na zimnie pod drzwiami wejściowymi szpitala w doszczętnie przemoczonych spodniach, nacisnęłam przycisk pod napisem - nomen omen - "w nocy dzwonić".

i równie niemiłe panie na izbie przyjęć (przywykłam), pani doktor mówiąca, że nie mają wolnych inkubatorów, położna robiąca na drutach i śpiący doktor z przyklejonym uśmiechem "wszystko dobrze" (wcale nie dobrze) i ewidentną nadzieją, że trwające porody zakończą się już na porannej zmianie, a on spokojnie zdąży pójść do domu o czasie. 

i k cały ten czas ocierający mi pot z czoła, podający wodę, podwyższający i obniżający łóżko, przykrywający mnie kocem po to, żeby zaraz odkryć i znów przykryć. i tak w kółko.

do porannej zmiany dotrwaliśmy, a potem sprawy nabrały już tempa. kiedy o 8.30 położyli mi na piersi zakrwawionego małego s, płaczącego wniebogłosy, czułam tylko ulgę, że ten koszmar wreszcie się skończył. (tak właśnie wygląda ten magiczny moment). a potem zaraz go zabrali i oddali dopiero późnym popołudniem.

mówią, że poród się zapomina. ja jestem przekonana, że po prostu wypiera się go z pamięci. jak każdą traumę.

od tego czasu zamieszkałam w sypialni, z której powoli się odkopuję, przygwożdżona do łóżka przez żarłocznego potwora. ostatnie tygodnie były jak nic, co do tej pory przeżyłam. fizyczny ból zmieszany ze zmęczeniem, adrenaliną i rozczuleniem. bezsilność połączona z nieodkrytymi dotąd pokładami cierpliwości, kiedy w środku nocy masowałam bolący brzuszek. i potem znów zniecierpliwienie, odrętwienie i chęć rzucenia tego wszystkiego w cholerę. i znów fala matczynej miłości do najpiękniejszego dziecka na świecie.

macierzyństwa nie da się sobie wyobrazić. bo to, co się wydarza w rzeczywistości, wszelkie wyobrażenia przechodzi pod każdym względem. te dobre i te złe.

a to dopiero początek przecież. 

czwartek, 9 stycznia 2014

rollercoasterem w dół

nadszedł czas na kolejką górską zjazd.

na łeb, na szyję, z impetem prosto w dół.

zaciskam oczy, żeby nie patrzeć na świeżo rozstawione przy łóżku łóżeczko.
i żeby nie wypuszczać już łez, które nieprzerwanie drugi dzień z oczu lecą.
żeby w końcu przestać, na szczęście. na razie.

***


przy pierwszym, najbardziej stromym zjeździe na rozklekotanym cyklonie na coney island, w panice wyciągnęłam w bok rękę z wagonika, chcąc odruchowo za coś złapać, za to drewniane rusztowanie czy co. żeby nie zlecieć w dół, bezwładnie, na łeb, na szyję. za każdym razem, kiedy o tym pomyślę, jestem wdzięczna losowi, że nic mi wtedy tej ręki nie urwało ani nie pogruchotało po drodze.

nie urwało. na szczęście.

piątek, 20 grudnia 2013

stówka w talii

ciąża to jest dziwny stan.

najpierw jesteś trochę w szoku, kiedy patrzysz na te dwie kreski, które, pomimo planów, i tak przychodzą w najmniej spodziewanym momencie.

zaraz potem panikujesz, przypominając sobie wszystkie te "złe" rzeczy, które narobiłaś w ostatnich tygodniach: leciałaś dwa razy samolotem po 10 godzin (podobno 30 godzin lotu samolotem odpowiada promieniowaniu przyjętemu podczas jednego prześwietlenia rtg), jadłaś wszystkie lekarstwa na przeziębienie, jakie wpadły ci w ręce (chwała amerykanom za to, że wszelkie leki dostępne bez recepty mają dawki, które u nas podaje się dzieciom, a "normalnej" aspiryny nie uświadczysz na sklepowej - ani nawet aptecznej - półce), zapijając je alkoholem, codziennie. schodziłaś taka chora dziesiątki kilometrów, a nawet na rower wsiadłaś, choć organizm w połowie ścieżki wzdłuż manhattanu odmówił jednak posłuszeństwa.

zaraz potem trochę się uspokajasz, bo właściwie wszystko staje ci się obojętne - najchętniej nie wstawałabyś z kanapy, śpiąc lub dogorywając, z przerwami na wymiotowanie w toalecie. (to ten wariant, jeśli nie poszczęściło ci się za bardzo w pierwszym trymestrze). dlatego z lata pamiętasz niewiele w tym roku.
lekarz pociesza cię, że paradoksalnie im gorzej się czujesz, tym lepiej dla ciąży i jej powodzenia. przyjmujesz to z pokorą.

co jakiś czas drętwiejesz z paniki, kiedy pojawiają się niepokojące objawy. na szczęście wszystkie udaje się opanować.

potem przychodzi ten dobry czas - kwitniesz, jak mówią wszyscy wkoło, cera jaśnieje, znika trądzik trzydziestolatki, włosy lśnią i gęstnieją, paznokcie rosną na potęgę. (to ten wariant, kiedy jednak ci się poszczęściło i "ciąża ci służy"). nawet za bardzo nie tyjesz. masz pełno energii i jesteś szczęśliwa. (wtedy, jeśli ci się jednak znów nie poszczęściło, trafiasz do szpitala i drugą połowę ciąży spędzasz już na zwolnieniu).

mijają tak jakieś trzy miesiące, a potem znów jest coraz ciężej. w nocy wstajesz siku już średnio cztery razy. kolejne dwadzieścia z trudem przewalasz się z boku na bok (w dodatku mówią, że najlepiej spać na lewym boku, na którym jednak po chwili budzisz się ze zdrętwiałą z bólu nogą i i tak przewracasz się na prawy. marzysz o chwili, kiedy znów będziesz mogła spać na brzuchu). w dzień chodzisz (albo głównie leżysz) jak zombiak, niewyspana. im bardziej niewyspana, tym bardziej wyoutowana, osamotniona i odizolowana od wszystkiego się czujesz.

pierścionek zaręczynowy przestaje mieścić się na palcu. za chwilę zdejmujesz obrączkę.

jeśli znów ci się nie poszczęściło, wykrywają u ciebie cukrzycę ciążową i zakazują jeść słodyczy, które do tej pory stanowiły podstawę twojej diety. przechodzisz to bardzo ciężko. no i nici ze świątecznych przysmaków, ciast, nawet barszczu z uszkami (buraki bardzo podnoszą ci cukier).

czas na zwolnieniu tracisz głównie na czytaniu internetu, w którym już serio nie ma nic ciekawego. niespecjalnie masz ochotę na czytanie książek o wychowywaniu dzieci, nie oglądasz filmików o niemowlakach, nie czytasz słodkopierdzących magazynów dla przyszłych mam, nie chodzisz nawet do szkoły rodzenia.

w ósmym miesiącu trochę mięknie ci rura i zaczynasz czytać pierwszą - i ostatnią - książkę o ciąży, żeby chociaż wiedzieć, jak się zachować na tej porodówce. chociaż i tak planujesz głównie zdać się na intuicję i rozkazy szpitalnego personelu. będzie co będzie.

a nie wiesz, co będzie. każdy dzień może być dramatycznie inny od poprzedniego. (no chyba, że ci się nie poszczęściło i spędzasz 5 miesięcy na kanapie - choć nawet wtedy różnice mogą być całkiem dramatyczne). nigdy nie wiesz, czy wstaniesz zapuchnięta, z rozrywającym bólem naciągniętego do granic możliwości brzucha, czy wyjątkowo optymistycznie patrząca w przyszłość, będziesz z upodobaniem prasować świeżo wyprane dziecięce śpioszki, obmyślając, jak tu przeorganizować sypialnię. czy rozpłaczesz się przy posłuchanej rano piosence i tak już zostanie do samiuśkiego wieczora.

tak, jesteś na niezłej huśtawce. choć oprócz tej huśtawki masz też w sobie dziwny, niepodważalny spokój (no może czasem chwilowo burzony depresyjnymi nastrojami). spokój od kiedy codziennie czujesz, jak w twoim brzuchu rozpycha się mały człowiek, gmerając w różnych zakątkach twojej miednicy. czasem ma czkawkę. czasem kopnie cię w pęcherz moczowy. nie możesz nawet już schylić się do talerza przy stole, bo w mostek wbijają ci się jego nogi.

nie jest najlżej i najwygodniej, ale jakoś w środku wiesz, że wszystko już będzie dobrze.

choć nie masz zupełnie pojęcia, jak będzie.



piątek, 25 października 2013

gdzie jest środek ciężkości kobiety w ciąży?

w rosnącym wciąż brzuchu, w którym mały człowiek kopniakami masakruje coraz to nowe narządy?

czy w wypełnionej lękami, jak to będzie, głowie?
.

środa, 9 października 2013

sanatorium "patologia"

w korytarzu kobiety kołyszą ogromne brzuchy na wiotkich biodrach. z sal dobiegają gwałtowne dźwięki z aparatów ktg, podłączonych do innych ogromnych brzuchów. każdy dzień sponsorują słowa: indukcja, oksytocyna i czop śluzowy. czas upływa od jednego wywołanego skurczu do kolejnego. odległość mierzy się w palcach.

co trzy godziny położne przychodzą "słuchać brzuszków". mojego nie słuchają.
bo ja nie przyszłam tu rodzić.
ja przyszłam tu nieurodzić.

ciążowy świat i tak pochłania mnie bez reszty. na pytanie o imię, odpowiadam już automatycznie imieniem dziecka. nawet jeśli ktoś pyta o moje. do mnie mówi się przecież po (przekręconym na każdy możliwy sposób) nazwisku. albo po prostu, "pani do szwu".

kiedy leżę te kilka dni na twardym, skrzypiącym, niewygodnym łóżku, na innych, w rytm szpitalnych posiłków, zmieniają się kobiety jak w kalejdoskopie, kolejno trafiając na wyczekiwaną porodówkę.

niektórym już spieszno do regularnych skurczy. dla innych oznaczają niechybny, nieopisany dramat. na szczęście tych drugich jest tu zdecydowanie mniej.

na całe szczęście.




środa, 25 września 2013

w poczekalni

dochodzę do wniosku, że ciąża to rzecz dla kobiet o stalowych nerwach. nie wiem, może jeśli nie ma się za sobą ciąż straconych i długiej historii choroby u ginekologa, może nie wpada się w panikę przy każdym niepokojącym objawie, nie szaleje się z nerwów, za każdym razem będąc przekonanym, że to już koniec.

na pierwsze usg szłam, będąc pewną, że nic z tego nie będzie. przed każdym kolejnym drżałam z niepewności o to, czy serce, które wtedy zobaczyłam, będzie biło dalej, zawsze przygotowana na najgorsze. zawsze biło. a ja zawsze oddychałam z tą samą, ogromną ulgą.

teraz, kiedy mały człowiek jest już na tyle duży, że sam może poinformować mnie o swoim istnieniu, nie drżę tak bardzo. ale i tak wzdrygam się, kiedy ktoś mi pogratuluje, chcąc na gratulacje poczekać jeszcze te kilka miesięcy. bo nieudana ciąża odebrała mi z pewnością jedno - tę radość z dwóch kresek na teście, które dla mnie bynajmniej nie układają się już w znak równości oznaczający prawdziwe, zdrowe, żyjące dziecko.

choć ciąża to podobno stan błogosławiony, szczerze mówiąc, chciałabym, żeby już było po wszystkim. żeby nie było już możliwości, że wydarzy się coś złego. żebym nie przewracała się już całą noc z boku na bok, nie wiedząc zupełnie, jak się ułożyć, bo na brzuchu, w jedynej pozycji, w której do tej pory umiałam zasnąć, już się nie da. żebym nie musiała już leżeć na tym l4, jednocześnie walcząc z nadaktywnością powodowaną zwiększoną przyjmowaną dawką hormonu tyreotropowego i zastanawiając się, co tam w pracy, którą nagle musiałam opuścić.

żebym pozbyła się już odium z35 - ciąży wysokiego ryzyka.

żebym mogła się znów ładnie ubrać i umalować i pokazać wszystkim, jak jednak jestem szczęśliwa, czekając na małego człowieka.




czwartek, 1 sierpnia 2013

where do we go now?




poniedziałek, 15 lipca 2013

trzymaniem kciuków mając obrzękłe prawice

dość niespodziewanym zrządzeniem losu pobyt w nowy jorku został całkowicie przyćmiony przez wydarzenia, które zaczęły mieć miejsce zaraz po powrocie.

w dodatku przeglądanie zdjęć z nowego jorku wywoływało we mnie mdłości. te prawdziwe. na samo podświadome wspomnienie upału i duchoty pomieszanej ze smrodkiem metra, alkoholem i ciężkim jedzeniem, które zdawały się wywoływać automatycznie.

i powiedzmy sobie szczerze, nie do końca podobają mi się zdjęcia, które przywiozłam z nowego jorku. bo nie oddają wcale tego, jak tam jest. i bo nie umiałam nowego jorku fotografować - tak, żeby oddać zmieniające się światło na całej wysokości budynków. zwłaszcza, kiedy deszczowa i chłodna pogoda, która nas przywitała, nagle zmieniła się w skwierczącą słoneczną lampę. i jeszcze tak, żeby wszystko było ostre tam, gdzie powinno. (to był dokładnie ten moment, kiedy poczułam dogłębnie, jak bardzo potrzebny mi nowy aparat).

i nie podoba mi się jeszcze fakt, że naładowana holga spadła mi na ziemię na coney island, w pełnym słońcu pokazując bebechy i tym samym unicestwiając wielokrotne ekspozycje z brooklyn bridge.

ale nie, nie jest tak źle. i w miarę jak mój organizm przyzwyczaja się do sytuacji, w której się znalazł, powoli zaczynam wracać do tych wakacji.

do urywającego głowę wiatru na brooklyn bridge i lejącego się z nieba żaru na red hooku (i do na red hooku pysznej bułki z homarem i podobno najlepszego w nyc key lime pie).




do zatłoczonej promenady na coney island, gdzie staliśmy w niemiłosiernie długiej kolejce po (znów!) najlepsze w nyc hot dogi i jeździliśmy na cyclone - historycznej kolejce górskiej, która jest calusieńka z drewna i wygląda tak, że kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, byłam trochę zawiedziona, bo myślałam, że sandy i ją dopadła i że nie pojedziemy. ale okazało się, że ona po prostu tak wygląda i jest najzwyczajniej w świecie tak bardzo zdezelowana (w końcu historyczna), a jazda nią to prawdziwie niezapomniane przeżycie (i duży ból gardła).





i do kolejki linowej na roosevelt island, która też dostarcza emocji - i pięknych widoków.




do central parku, w którym nie wyciągnęłam ani razu aparatu, a na którego przemierzaniu i przeleżaniu spędziliśmy długie godziny. (ale wyciągałam telefon).




do grilla nad hudsonem przy zachodzącym słońcu i nocnego pikniku w fort tryon park w towarzystwie skunksa.

do muzeów, w których zwalczaliśmy jet lag i deszczową pogodę.

do parków, w których zawsze można było znaleźć wytchnienie. a zwłaszcza do high line parku, zbudowanego na starej linii kolejowej.







i do cudownego czwartkowego wieczoru w chelsea, gdzie k i m oprowadzali nas po niekończących się galeriach sztuki umieszczonych w co bardziej osobliwych budynkach, i gdzie ciężko było nadążyć z dopijaniem darmowego wina z plastikowych kubków.








i jeszcze do oh-so-tylu miejsc.

tak, chyba w końcu znów mogę oglądać te zdjęcia.

uff.
.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

w niu jorku jest miejsce na wszystko

w niu jorku jest wszystko. i wszystkiego jest dużo. na raz, obok siebie.
stare obok nowego. wielkie obok mniejszego. białe obok czarnego. chińskie obok żydowskiego obok włoskiego obok koreańskiego obok polskiego obok rosyjskiego. pod amerykańską flagą.
jedno na drugim.
a i tak, patrząc na przestrzał w którąś z ulic, zakończoną zachodzącym słońcem, wciąż masz wrażenie, że w niu jorku miejsce po prostu się nie kończy.































w niu jorku dużo jest wszystkich.
i nas było więcej, niż myśleliśmy.
.